W erze mediów społecznościowych władza coraz chętniej komunikuje się z obywatelami nie poprzez urzędowe komunikaty, lecz za pomocą Facebooka, X czy Instagrama. Problem w tym, że granica między przejrzystą informacją, a arbitralnym blokowaniem krytyków zaciera się coraz bardziej.
Brak jasnych regulacji prawnych sprawia, że każdy urząd i każdy minister sam decyduje, kto ma prawo uczestniczyć w debacie publicznej, a kto zostanie z niej wykluczony jednym kliknięciem.
Ma być komunikacja, a jest cenzura
Jeszcze do niedawna Biuletyn Informacji Publicznej był podstawowym sposobem przekazywania obywatelom wiadomości przez administrację. Dziś profile w social media stały się faktycznym forum debaty publicznej.
"Sądy dostrzegają, że takie profile stają się miejscem debaty publicznej, a wolność zbierania i rozpowszechniania informacji jest pod ochroną konstytucji" - mówi w rozmowie z portalem prawo.pl Jak radca prawny Adam Kuczyński:
Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu wskazał wprost, że każdy komunikat urzędu opublikowany w sieci może być komentowany przez obywateli. Tym samym blokowanie internautów czy kasowanie wpisów nie jest zwykłą moderacją, lecz realnym ograniczeniem prawa do udziału w życiu publicznym.
"Zarządzanie kontami instytucji publicznych lub piastunów organów publicznych w mediach społecznościowych nie jest obecnie uregulowane ustawowo" - podkreśla Anna Kabulska z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. To luka, która pozwala politykom działać wedle własnego uznania.
Rzecznik Praw Obywatelskich wielokrotnie apelował o stworzenie regulacji zapewniających przejrzyste zasady blokowania czy usuwania komentarzy. Proponował m.in. wprowadzenie regulaminów, ostrzeżeń dla użytkowników i procedur odwoławczych. Jednak Ministerstwo Cyfryzacji nie podziela diagnozy RPO i nie zamierza wprowadzać nowych przepisów.
Zablokować przeciwnika
Najwięcej emocji budzi kwestia blokowania przez polityków, którzy prowadzą profile nie w celach prywatnych, lecz jako przedstawiciele państwa. Radca prawny Agata Bzdyń uważa jednoznacznie, że to działanie niezgodne z obyczajem.
"Jeśli ktoś jest przedstawicielem władzy np. ministrem w rządzie, a na swoim oficjalnym profilu w mediach społecznościowych nie pisze o prywatnych sprawach, lecz publicznych, to w mojej ocenie wyborcy mają prawo krytykować opisywane działania i domagać się stanowiska" - uważa Bzdyń.
Trudno mówić o realnym kontakcie z wyborcami, jeśli ci, którzy stawiają niewygodne pytania, są wykluczani z dyskusji.
Nie można oczywiście ignorować przypadków wulgarnych komentarzy czy wpisów łamiących prawo. Eksperci zgadzają się, że takie treści można usuwać. Jednak, jak zaznacza mec. Kuczyński, takie decyzje powinny podlegać kontroli, by nie stały się wygodnym narzędziem eliminowania krytyki.
Bez ustawowych regulacji powstaje więc niebezpieczna sytuacja: władza sama ustala zasady gry w przestrzeni, która w praktyce stała się jednym z filarów debaty demokratycznej.
Opr. Robert Bagiński
Fot. iStock