Szykuje się kolejna rewolucja w umowach o pracę. Liczba pracowników i rodzajów umów ulegnie zmianie. Kto na tym skorzysta?

Choć prace nad nowym projektem Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Pracy jeszcze się nie zakończyły, to już wiadomo, że pojawią się nowe rodzaje kontraktów.

 

Jak donosi „Rzeczpospolita” przybędzie osób pracujących na podstawie umów o pracę. „Rz” jednak alarmuje, że ich ochrona znacznie się zmniejszy. Mowa o wprowadzeniu dwóch nowych typów umów – na prace sezonową i na pracę dorywczą.

 

Tego typu umowy miałyby zastąpić dotychczasowe umowy-zlecenie. Według dziennika w ten sposób komisja proponuje, aby nie trzeba było uzasadniać ich wypowiedzenia, a okres potrzebny na rozwiązanie był znacznie krótszy.

 

„Rz” donosi także, że oddzielne zasady zatrudnienia mogą objąć młodych pracowników, np. studentów. Będą mogli liczyć nie tylko na ubezpieczenie, ale także na prawo do urlopu.

 

Związkowcy dość sceptycznie podchodzą do pomysłu komisji. Jak ocenia Andrzej Radzikowski, wiceprzewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych:

„Podobne rozwiązania wprowadzono we Włoszech. Nie sprawdziły się. Destabilizują życie pracowników.”

 

Z kolei Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan wskazuje, że „teraz przewagą polskich przedsiębiorców jest właśnie elastyczność zatrudnienia pracowników. Dzięki temu mogą konkurować na rynku europejskim”.

 

(kd)/businessinsider,rp/

Mamy efekty, już wkrótce to będzie możliwe! Pracodawca będzie mógł zmusić pracowników do pracy w święta

W najnowszym wydaniu „Dziennik Gazeta Prawna” alarmuje. Przybędzie zatrudnionych,których pracodawca będzie mógł zmusić do pracy w dni świąteczne.

 

Według dziennika to uboczny skutek zakazu handlu w niedzielę. Gazeta podaje, że jeżeli właściciel kwiaciarni będzie chciał, aby jego sklep był otwarty na przykład w Boże Narodzenie będzie mógł to zrobić. Co więcej, będzie mógł nakazać swoim pracownikom, aby przyszli do pracy.

 

Dziennik wylicza, że tak samo będą mogli zrobić „właściciele kiosków, sklepów z pamiątkami lub dewocjonaliami, cukierni, piekarni, lodziarni, placówek handlowych w hotelach lub na dworcach”.

 

Obecnie taka sytuacja jest niemożliwa. Kodeks Pracy przewiduje dla pracowników 13 dni świątecznych wolnych od pracy, za ladą w takie dni może stanąć jedynie właściciel placówki. Ustawa wprowadzająca ograniczenie handlu w niedzielę ten przepis uchyla i wprowadza 32 wyżej wspomniane wyjątki. Na chwilę obecna w takiej sytuacji znajdowali się jedynie pracownicy stacji paliw, którzy nie są objęci omawianym przepisem.

 

Według „DGP” takie rozwiązanie zacznie obowiązywać już od 1 marca 2018 roku. Waldemar Nowakowski, prezes Polskiej Izby Handlu potwierdza:

 

„Omawiana zmiana przepisów rzeczywiście umożliwi właścicielom placówek ich otwieranie w święta i zlecanie zatrudnionym pracy w takie dni.”

 

(kd)/businessinsider, gazetaprawna/

Polska jest w zdecydowanej unijnej mniejszości. Na listę dni wolnych od pracy dołączy jeszcze jedna data?

Pomijając niedziele polskie prawo przewiduje 11 dni ustawowo wolnych od pracy. Jest jednak jeszcze jeden dzień, który mógłby do tej listy dołączyć.

 

W tej sprawie nawet poseł PO prof. Marian Zembala skierował zapytanie do premiera. Okazuje się, że jesteśmy w zdecydowanej unijnej mniejszości. Takie rozwiązanie obowiązuje w 25 spośród 28 unijnych krajów.

 

Konkretnie chodzi o Wielki Piątek. To właśnie ten dzień stanowił temat zapytania posła Platformy Obywatelskiej: „Czy rząd polski zamierza wprowadzić wzorem innych państw Unii Europejskiej dzień wolny od pracy w Wielki Piątek?”

 

To nie pierwsza inicjatywa wokół Wielkiego Piątku. W 2008 roku Małgorzata Kidawa-Błońska zwracała się z podobną interpelacją. Poseł Zembala przypomniał również, że w 2009 r. 57 proc. Polaków w badaniu GfK Polonia dla „Rzeczpospolitej” poparło pomysł dnia wolnego w Wielki Piątek.

 

Na chwilę obecną Kodeks pracy przewiduje, że Polacy nie muszą pracować: 1 stycznia, 6 stycznia, w Niedzielę Wielkanocną, Poniedziałek Wielkanocny, 1 maja, 3 maja, Zielone Świątki – zawsze przypadają w niedzielę, Boże Ciało, 15 sierpnia, 1 listopada, 11 listopada, 25 grudnia, 26 grudnia. Czy do tej listy dołączy jeszcze jeden dzień?

 

(kd)/wp/

Od nowego roku pacjentów czeka prawdziwy chaos! Lekarze potwierdzają: „Sytuacja jest dramatyczna”

Lekarze z Porozumienia Zawodów Medycznych przewidują, że to będzie paraliż w służbie zdrowia. Niestety pacjenci od nowego roku mogą spodziewać się w szpitalach prawdziwego chaosu.

 

Już prawie 4,5 tys. medyków z ponad 50 miast w ramach protestu zrezygnowało z dodatkowych dyżurów w klinikach i przychodniach. Od nowego roku zamierzają pracować nie więcej niż 48 godzin tygodniowo. W ten sposób domagają się szybkiego wzrostu nakładów na ochronę zdrowia. Dyrektorzy kolejnych szpitali przestrzegają przed konsekwencjami wypowiadania przez lekarzy umów opt-out.

 

Czym jest klauzula opt-out?

 

Z uwagi na brak wykwalifikowanych specjalistów medycznych dotychczasowy wymiar pracy na dyżurach w szpitalu (48 godz. tygodniowo) jest niewystarczający. Dlatego też rząd postanowił wprowadzić klauzulę, która umożliwi lekarzom pracowanie ponad 48 godz. w tygodniu. Takie rozwiązanie miało dać czas rządowi na zwiększenie liczby pracowników medycznych w szpitalach. Według specjalistów jednak takie rozwiązanie stało się niebezpieczne:

 

„Niestety, to prowizoryczne rozwiązanie stało się codziennością. To niebezpieczne, bo z powodu przemęczenia lekarz może popełnić błąd. Nikt nie chciałby być operowany przez chirurga, który jest na nogach od kilkudziesięciu godzin. Uważamy, że coraz większy niedobór lekarzy i pielęgniarek stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa pacjentów” – tłumaczy lekarz rezydent Konrad Rekucki, koordynator Porozumienia Rezydentów w województwie opolskim.

 

Resort podaje dane zebrane przez urzędy wojewódzkie. Rzeczniczka Ministerstwa Zdrowia Milena Kruszewska poinformowała, że wśród tych lekarzy, którzy złożyli wypowiedzenia klauzuli opt-out, jest 1282 rezydentów (lekarzy w trakcie specjalizacji) oraz 1028 pozostałych (przede wszystkim specjalistów).

 

Co to oznacza dla pacjentów?

 

To może być początek prawdziwego kryzysu. Pacjentom grożą jeszcze większe kolejki, a także prawdopodobieństwo odwołania terminów niektórych planowanych zabiegów, szpitalom zaś spore problemy z realizacją umów NFZ.

 

(kd)/businessinsider, rmf24/

W tych branżach jest najwięcej wolnych miejsc pracy. Firmy tylko czekają na nowych pracowników

Główny Urząd Statystyczny przebadał ponad 754 tysiące przedsiębiorstw. Wyniki badań pokazały, że w trzecim kwartale powstało więcej miejsc pracy niż przed rokiem, więcej też wakatów czekało na pracowników i jednocześnie, w porównaniu do ubiegłego roku, zlikwidowano mniej miejsc pracy.

 

Na koniec trzeciego kwartały było aż 131,2 tys. miejsc pracy, czyli o 37,4 proc. więcej niż przed rokiem. Nieobsadzonych, nowo utworzonych stanowisk było 27,7 tys. Z badań wynika, że najbardziej brakuje pracowników w firmach prywatnych, zatrudniających do 49 pracowników.

 

Wśród branży, w których było najwięcej wolnych miejsc pracy znalazły się przetwórstwo przemysłowe, budownictwo, handel i naprawa pojazdów. Według GUS w okresie od lipca do września pracodawcy najczęściej poszukiwali robotników przemysłowych, rzemieślników, specjalistów, oraz operatorów i monterów maszyn i urządzeń.

 

Z kolei najmniej wolnych miejsc pracy zgłaszano w branżach związanych z kulturą, rozrywką i rekreacją, a także z obsługą nieruchomości.

 

Jak wynika z badań zdecydowanie największą liczbą ofert pracy dysponowało województwo mazowieckie, a następnie województwo śląskie i wielkopolskie. Najskromniejsza oferta wolnych miejsc pracy wystąpiła w województwie podlaskim i opolskim.

 

Wygląda na to, że na polskim rynku pracy wcale się źle nie wiedzie. Warto obserwować branże, w których są największe szanse na zatrudnienie i w tym właśnie kierunku podążać.

Nawet 100 tysięcy wolnych miejsc pracy czeka na pracowników. Oferują aż 8 tysięcy złotych miesięcznie!

Takiej sytuacji jeszcze nie było. Liczba wakatów ciągle się powiększa, a chętnych do pracy brakuje. Eksperci alarmują, że jeśli problem będzie się zaostrzał może to zahamować rozwój polskich przedsiębiorstw, które na chwilę obecną są rosnącą potęgą na rynku unijnym.

 

Branża transportowa wyjątkowo narzeka na braki kadrowe. Sięgają już one nawet 100 tysięcy wolnych miejsc czeka na zawodowych kierowców.

 

Jak tłumaczy Marek Loos, redaktor naczelny magazynu „Transport Manager”:

 

„Niedobory kierowców są podstawową barierą rozwoju i funkcjonowania każdej firmy transportowej i logistycznej. Przewoźnicy ratują się wszelkimi sposobami: zatrudniają kierowców ze wschodu, starają się stworzyć im jak najlepsze warunki pracy, prowadzą działania typu employer branding, które mają pokazywać, że firma jest przyjazna dla pracowników. To wszystko nie wystarcza i kierowców rzeczywiście brakuje.”

 

Szacuje się, że na polskim rynku jest obecnie ok. 600–650 tys. aktywnych zawodowo kierowców. Co roku z zawodu odchodzi około 25 tys. kierowców, natomiast liczba kierowców uzyskujących kwalifikację to około 35 tys. Nie pozwala to jednak na uzupełnienie niedoborów zawodowców w branży. Problem się nie zwiększa mimo zatrudniania kierowców zarówno z Ukrainy, jak i z Białorusi. Kierowcy plasują się w czołówce najbardziej poszukiwanych zawodów w Polsce.

 

Marek Loos doszukuje się przyczyn takiej sytuacji w życiu prywatnym pracowników:

„Powodów można podać bardzo dużo. Podstawowym są długotrwałe rozstania z rodziną. Ludzie wolą pracować na kasie w sklepie, zarabiając mniej, ale są na stałe z rodziną.”

 

A trzeba zaznaczyć, że zarobki zawodowych kierowców wcale nie należą do najmniejszych. Pensje są całkiem spore. Kierowcy zarabiają mniej więcej tyle, co profesorowie na uczelniach lub nawet więcej, czyli reasumując wszystkie elementy zarobków około 6–8 tys. netto.

 

Przedsiębiorstwa muszą sprostać również innym wyzwaniom. Największym jest unijny pakiet drogowy i nowe regulacje dotyczące krajowych płac minimalnych i delegowania pracowników. Dla polskich przewoźników to realna groźbę wzrostu kosztów i nowych obciążeń administracyjnych. Mogą one spowodować, że działalność stanie się po prostu nieopłacalna.

 

Z drugiej jednak strony w branży pojawiają się nowe rozwiązania, oparte o GPS systemy telematyczne. Mogą one nie tylko ułatwić pracę kierowców, lecz także pomóc przewoźnikom w dostosowaniu się do nowych przepisów.

Milionowe kary za śmierć w miejscu pracy. Kto będzie musiał zapłacić?

Resort sprawiedliwości chciałby wprowadzić nowe rozwiązanie, dzięki któremu odpowiedzialność za śmierć w miejscu pracy spadłaby na firmę.

 

Do tej pory odpowiedzialnością za takie nieszczęśliwe wydarzenia głównie obarczani byli menedżerowie. Jak zapowiada „Dziennik Gazeta Prawna”:

 

„Jeżeli w miejscu pracy na skutek wypadku zginie człowiek, odpowiedzialność spadnie również na firmę, a nie jak do tej pory – jedynie na menedżerów. Takie rozwiązanie chciałby wprowadzić resort sprawiedliwości.”

 

Podstawowe założenia proponowanych zmian zdradził w rozmowie z „DGP” wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł:

 

„W wielu krajach Unii, nie mówiąc już o USA, funkcjonują mechanizmy prawne, które pozwalają skutecznie postawić zarzuty przedsiębiorstwu np. zanieczyszczającemu środowisko na szeroką skalę czy rażąco łamiącemu przepisy bhp.”

 

W Polsce tego typu sprawy traktowane są dość łagodnie. Ze względu na obecne przepisy ustawy wyroki najczęściej sięgają zaledwie tysiąca złotych. W związku z zaistniałą sytuacją Ministerstwo Sprawiedliwości chciałoby, żeby prokuratura mogła oskarżać firmy o zaniedbania, w wyniku których zginął człowiek. W przypadku udowodnienia niedopilnowania kwestii nadzoru groziłyby jej nawet wielomilionowe odszkodowania.

 

W tym celu resort chce zmienić katalog spraw, za które mają odpowiadać firmy. W obecnym stanie rzeczy nie ma w nim mowy na przykład o śmierci pracownika. Nowe przepisy miałyby objąć także sytuacje związane z nielegalnym składowaniem odpadów czy dopuszczaniem do obrotu szkodliwych produktów.

 

Nowy zapis miałby się zająć również inną istotną sprawą. Chodzi o przerzucenie ciężaru dowodowego na firmy. Do tej pory to prokuratura musiała wykazać, że w miejscu pracy miały miejsce jakieś nieprawidłowości.

Policja szuka pracowników wśród bezrobotnych. OTO ICH WYMAGANIA

W policji brakuje funkcjonariuszy. Sytuacja jest na tyle trudna, że policja szuka pracowników wśród bezrobotnych. Jak jednak podkreśla rzecznik Komendy Głównej: „To nie znaczy, że zaniżamy kryteria”.

 

Według danych bezrobocie w Polsce jest na rekordowo niskim poziomie, ale pracowników w wielu branżach w dalszym ciągu brakuje. Sytuacja nie wygląda inaczej także w służbach mundurowych.

 

„Gazeta Wyborcza” jako przykład podaje, że Powiatowy Urząd Pracy w Brzegu (woj. dolnośląskie), który wzywa na spotkanie bezrobotnych w sprawie przyjęcia do pracy w policji. W wezwaniu można przeczytać, że stawiennictwo jest dobrowolne. Jak jednak czytamy w pouczeniu:

 

„Osoba, która odmówi bez uzasadnionej przyczyny przyjęcia propozycji odpowiedniej pracy, może zostać pozbawiona statusu bezrobotnego (czyli zasiłku i opieki lekarskiej)”.

 

Potrzebę szukania pracowników wśród bezrobotnych zgłosiła lokalna policja, urząd jednak potraktował sprawę jak każdą inną. Rzecznik Komendy Głównej Policji, mł. insp. Mariusz Ciarka, tłumaczy, że:

 

„Próbujemy docierać do ludzi w różny sposób. To nie znaczy, że przyjmujemy wszystkich, kryteria nadal są bardzo wysokie.”

 

Czego policja wymaga od potencjalnych kandydatów i kto może wstąpić w zastępy służb mundurowych? Taka osoba musi między innymi być niekarana, przejść testy sprawnościowe, mieć co najmniej 175 cm wzrostu i wykształcenie średnie.

 

Jesteśmy ciekawi, jak wielu pracowników znajdą wśród zgłaszających się bezrobotnych.