Co za widok! Święty Mikołaj latał nad miastem na… paralotni. Teraz świętym interesuje się policja. Co zrobił? [VIDEO]

Widok Świętego Mikołaja latającego nad miastem to niecodzienne zdarzenie. Tym bardziej, jeśli lata na paralotni! To miała być nie lada atrakcja dla najmłodszych, a i dorosłych taki widok ucieszył.

 

Po sieci krąży nagranie ze Świętym Mikołajem z krakowskich Rybitw. Podczas gdy film powoli staje się prawdziwym hitem sieci świętym zaczęła interesować się policja. Jak tłumaczy mł. insp. Sebastian Gleń z małopolskiej policji:

 

„Na nagraniu wideo widać, że lot odbywa się na stosunkowo niskim pułapie. Przepisy prawa lotniczego mówią, że to powinno być powyżej 150 metrów. Ponadto Kraków leży w takim rejonie kontrolowanym lotniska Balice i obowiązują tu ograniczenia związane z lotami. Stąd nasze zainteresowanie tą sprawą. To zgłoszenie przekazaliśmy teraz do miejscowego komisariatu, który będzie analizował okoliczności. Sprawa będzie konsultowana z prokuraturą, z Urzędem Lotnictwa Cywilnego, i dalsze kroki będą podejmowane po wstępnych ustaleniach. Prawdopodobnie doszło do złamania ustawy prawo lotnicze. Osoba, która tego dokonała, musi się liczyć z ewentualnymi konsekwencjami.”

 

Eska dotarła do latającego Mikołaja. Okazał się nim Robert Paluch, prezes Małopolskiego Klubu Paralotniowego, który odpiera wszystkie zarzuty i słowa krytyki:

 

„Pomysł zapożyczyliśmy od naszych znajomych z Rybnickiego Klubu Paralotniowego, którzy to zrobili w zeszłym roku. Latali z innymi reniferami niż nasze, ale chodzi o to, żeby robić coś innego, a nie kopiować to samo.”

 

Mężczyzna zapewnia, że lot był bezpieczny i odbył się poza strefą kontrolowaną lotniska. Paralotnia w pewnym momencie znalazła się nisko, ale była to kwestia bezpieczeństwa. Z powodu komplikacji paralotniarz musiał lądować awaryjnie.

 

Mimo wszystko, z interwencja policji czy nie, Mikołaj na paralotni robi ogromne wrażenie. Przekonajcie się sami:

 

 

(kd)/eska,youtube/

Rodzinna tragedia na Dolnym Śląsku. Mężczyzna wpadł pod pociąg, w jego domu policja dokonała wstrząsającego odkrycia

Do zdarzenia doszło w poniedziałek w Ziębicach. 27-letni mężczyzna został potrącony przez pociąg. Za wydarzeniami kryje się prawdziwa rodzinna tragedia. Policja w domu poszkodowanego dokonała wstrząsającego odkrycia.

 

Jak informuje RMF Wacław S. w ciężkim stanie trafił do szpitala. Wkrótce potem policja odkryła w jego domu ciało jego matki oraz ranna siostrę. Na miejscu zabezpieczono siekierę i zakrwawione noże. 35-letnia kobieta jest w bardzo ciężkim stanie, ma na ciele liczne rany kłute i cięte. Podobne obrażenia wykryto na ciele 59-latki. Dziś ma się odbyć sekcja zwłok matki 27-latka.

 

Wiele wskazuje na to, że mężczyzna najpierw zaatakował swoją rodzinę, a następnie postanowił popełnić samobójstwo. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że mężczyzna był już wcześniej karany.

 

(kd)/rmf/

Syn Olbrychskiego ma poważne kłopoty. Aktor usłyszał już zarzuty i tak łatwo się z tego nie wywinie

Syn Daniela Olbrychskiego, Rafał ma poważne kłopoty. Mężczyzna nie uniknie odpowiedzialności, usłyszał już zarzuty. Chodzi o zarzuty dotyczące ataku na pracownika firmy kanalizacyjnej oraz zniszczenia mienia osiedla, na którym mieszkał.

 

Do incydentu doszło późnym wieczorem w marcu br. na warszawskim Wilanowie. Oskarżony miał nożem grozić pracownikowi usuwającemu awarię pozbawieniem życia i krzyczeć by ten „spier…lał”. Ponadto prokurator oskarżył go o zniszczenie mienia o łącznej wartości 1200 zł, na które składały się: siatka zabezpieczająca, agregat wpompowujący wodę, powłoka lakiernicza agregatu oraz znak wyznaczający kierunek objazdu. Podobno miał je zniszczyć siekierą.

 

Według relacji świadka był on bardzo pobudzony. Furię miał u niego spowodować chwilowy brak wody. Oskarżony złożył już wyjaśnienia w prokuraturze. Jednak przyznaje się tylko do pierwszego zarzutu, czyli ataku z użyciem noża. Jeżeli postawione mu zarzuty się potwierdzą, grozi mu aż do 5 lat pozbawienia wolności.

Pijany wjechał do rowu, a następnie sam zadzwonił na policję. Funkcjonariusze na miejscu zdarzenia nie kryli zdziwienia

Ubiegłej nocy policjanci otrzymali zgłoszenie z jednego z lokali w Hrubieszowie (woj.lubelskie). Padło podejrzenie, że mężczyzna, który przyjechał może znajdować się pod wpływem alkoholu. Klient wypił kilka drinków, po czym wsiadł za kierownicę i odjechał.

 

Funkcjonariusze patrolując ulicę poszukiwali kierowcę i jego pojazd. Po pewnym czasie dyżurny policji otrzymał dziwne zgłoszenie. Dzwonił do niego mężczyzna, który bełkocząc tłumaczył, że w samochodzie coś wystrzeliło i wpadł do rowu.

 

Kiedy policjanci dotarli na miejsce zdarzenia nie kryli zdziwienia. W rowie znajdował się samochód, nigdzie natomiast nie mogli znaleźć jego kierowcy. Okazało się jednak, że 53-latek poszedł do domu. Mężczyzna nie potrafił tylko wyjaśnić jak się w nim znalazł. Przeprowadzone badanie wykazało, że miał 1,6 promila alkoholu.

 

Funkcjonariusze przewieźli mężczyznę do aresztu i czekają aż wytrzeźwieje. Policja będzie wyjaśniać okoliczności zdarzenia.

Oszustwo wyszło na jaw przy kasie. „Sprytny” klient znacznie obniżył wartość zakupów, teraz grozi mu kara więzienia, nawet do 8 lat pozbawienia wolności

Sprawa wyszła na jaw już przy kasie. Klient próbował zaniżyć wartość swoich zakupów o ponad 18 złotych. Nieuczciwy klient będzie miał teraz spore kłopoty.

 

Do sytuacji doszło w jednym z samoobsługowych zabrzańskich supermarketów. Przy kasach zareagowali ochroniarze, którzy natychmiast wezwali policję. Co zrobił „sprytny” klient?

 

Mężczyzna znacznie zaniżył wartość swoich zakupów. Na stoisku samoobsługowym zważył część owoców, wydrukował odpowiednią dla siebie cenę, po czym dołożył do woreczka kolejne owoce. Na szczęście jego oszustwo wyszło na jaw, zanim zdążył opuścić sklep. Wezwani na miejsce policjanci zajęli się klientem.

 

Ten z pozoru błahy czyn jest przestępstwem oszustwa. Mężczyzna został zatrzymany przez policjantów. Trwają czynności w jego sprawie. Teraz grozi mu do 8 lat więzienia. Policjanci zaznaczają, że niestety coraz częściej dochodzi do tego typu oszustw przy stoiskach samoobsługowych.

Policja znalazła nowy sposób na wystawianie mandatów. Teraz już nic się przed nimi nie ukryje!

Policja chętnie sięga po coraz to nowsze sposoby, aby wystawiać jeszcze więcej mandatów. Niektóre środowiska uważają nawet, że nie chodzi już o prewencję i bezpieczeństwo, a o zasilenie budżetu państwa.

 

O całej sprawie pisze najnowsze wydanie „Rzeczpospolitej”. W kraju uruchamiane są nowe pilotażowe programy. Okazuje się, że w celu wystawiania mandatów policja sięga po miejski monitoring. Najnowszy program ruszył w Bielsko Białej. Policjanci z drogówki zasiądą w centrum monitoringu miejskiego, gdzie będą śledzić liczne wykroczenia wobec pieszych.

 

Dalej będzie tylko łatwiej. Kamery pokażą numery rejestracyjne danego pojazdu, a następnie właściciel dostanie wezwanie do wskazania osoby, która kierowała w tym czasie samochodem. Na koniec na tą osobę zostanie wystawiony odpowiedni mandat.

 

Jak podaje „Rz” takie działania krytykuje między innymi Andrzej Łukasik, prezes Polskiego Towarzystwa Kierowców. Uważa on, że do ukarania mandatem konkretnego kierowcy nie wystarczy jedynie numer rejestracyjny samochodu, potrzebne jest również zdjęcie sprawcy.

 

Adwokat Paweł Litwiński przekonuje natomiast, że policja ma prawo do korzystania z monitoringu, aby wystawiać mandat. Podaje jednak w wątpliwość, czy to właśnie do takich celów powstał system kamer miejskich. „Monitoring nie może być maszynką do robienia pieniędzy. Powinien pomóc wykrywać poważne przestępstwa i przeciwdziałać im” – uzasadnia.

 

(kd)

źródło: rp.pl

Rusza ogólnopolska akcja policji. Teraz za światła można nawet stracić dowód rejestracyjny. Jak tego uniknąć?

Policja rozpoczęła akcję „Twoje światła – Twoje bezpieczeństwo”. Teraz przez źle ustawione reflektory, przypaloną żarówkę czy światła z amerykańskiego samochodu kierowcy będą mieć problemy.

 

Zazwyczaj kierowcy widują je tylko podczas okresowych przeglądów technicznych. Od wtorku patrole policji są wyposażone w przyrządy do ustawiania reflektorów. Jak podkreśla asp. Marzanna Boratyńska z łódzkiej drogówki:

 

„Zaczynamy akcję wymierzoną w kierowców, którzy oślepiają innych użytkowników dróg. Sprowadzają w ten sposób realne niebezpieczeństwo. To właśnie w Łodzi rok temu narodził się pomysł na akcję. Potem działania odbywały się w całym kraju. Właśnie rusza druga edycja akcji.”

 

Jak to się będzie odbywać?

 

Po zmroku patrole drogówki pojawią się w pobliżu stacji benzynowych i serwisów. Z zatrzymaniem musi liczyć się każdy kierowca, którego oświetlenie wzbudza jakiekolwiek wątpliwości. W grę wchodzą przede wszystkim źle ustawione reflektory i przepalone żarówki.

 

Policja uspokaja jednak, że konsekwencje nie będą bardzo surowe. Akcja ma na celu głównie edukowanie kierowców. Po poprawieniu wysokości świecenia reflektorów czy wymienieniu brakujących żarówek kierowcy mają być puszczani bez mandatów.

 

„Jeżeli ktoś nie będzie miał żarówki, będzie mógł ją kupić i wymienić. Patrole będą stać w pobliżu miejsc, gdzie można się w nie zaopatrzyć.”

 

Sprawa się skomplikuje, jeżeli przy usterce będzie konieczna interwencja mechanika. Wówczas kierowca straci dowód rejestracyjny. Takiego scenariusza można uniknąć w jeden sposób. Kierowca może udać się do dowolnego warsztatu, którzy bierze udział w akcji. Tam można za darmo przeprowadzić kontrolę świateł. Listę dostępnych warsztatów podają komendy wojewódzkie policji.

 

Policja podkreśla, że źle ustawione światła są zagrożeniem dla bezpieczeństwa na drodze. Do oślepienia kierowców może dochodzić bardzo często. Przedstawiciele warsztatów apelują, że w samochodach często instalowane są reflektory z angielskich samochodów, gdzie obowiązuje ruch lewostronny. Jak tłumaczy Zbigniew Grzelak ze stacji diagnostycznej w Łodzi:

 

„Takie części są dużo tańsze, ale zupełnie nie nadają się do używania w Polsce. Reflektor odpowiedzialny za oświetlenie pobocza świeci innym kierowcom po oczach, a lewy nie pozwala na dostrzeżenie pieszego. Stwarza to olbrzymie niebezpieczeństwo.”

Kierowca wiózł skradziony sprzęt na kradzionej przyczepie. A to dopiero początek jego przewinień! Funkcjonariusze nie kryli zdziwienia

Inspektorzy ITD byli nieco zaskoczeni, kiedy zatrzymali kierowcę Mercedesa Sprintera do kontroli. Nie dość, że mężczyzna przewoził skradziony sprzęt, to jeszcze wiózł go na kradzionej przyczepie. A to dopiero początek!

 

Pojazd poruszał się w piątek (17 listopada 2017 r.) drogą krajową nr 92. Urządzenie kontrolne, znajdujące się w okolicy Świebodzina, przekazało informację do załogi patrolu ITD o pierwszym przewinieniu kierowcy. Okazało się, że samochód z przyczepą nie posiada urządzenia viaBOX służącego do wnoszenia wymaganej opłaty drogowej. W niedługim czasie inspektorzy zlokalizowali pojazd i zatrzymali do kontroli.

 

W trakcie zatrzymania wyszło na jaw, że kierowca nie posiada również odpowiedniej kategorii prawa jazdy do ciągnięcia przyczep, dokumentów przewożonych maszyn oraz dowodu rejestracyjnego przyczepy. Stwierdzili również, że samochód porusza się na podwójnych tablicach – na polskie tablice rejestracyjne nałożone były niemieckie. Kierowca tłumaczył, że zgubił brakujące dokumenty podczas tankowania na stacji benzynowej.

 

Ze względu na stwierdzenie wielu nieprawidłowości na miejsce została wezwana policja. Po sprawdzeniu pojazdów okazało się, że zarówno przewożone maszyny (traktor i ładowarkę), jak i przyczepę skradziono na terenie Niemiec.

 

Pojazdy zostały zabezpieczone, a kierowca zatrzymany przez policjantów. Dalsze czynności w tej sprawi prowadzi Komenda Powiatowa Policji w Nowym Tomyślu.

Sprzedawali lek na przerwanie ciąży. Policjanci nie mogli uwierzyć, kiedy odkryli, czym były oferowane przez parę tabletki

Policjanci oszacowali prawie 200 000 złotych strat i blisko 600 oszukanych osób. To efekt działania pary, która za pośrednictwem portali internetowych sprzedawała „tabletki na przerwanie ciąży”.

 

Aby uwiarygodnić swoją działalność para podawała się za pracowników gabinetu ginekologicznego. Oferowali także fachową wiedzę dotycząca stosowania sprzedawanych przez siebie leków.

 

Policjanci z Komendy Wojewódzkiej w Opolu Wydziału d/w z Cyberprzestępczością wspólnie z namysłowskimi funkcjonariuszami zatrzymali 22-latkę i jej 31-letniego partnera. Funkcjonariusze zabezpieczyli w sprawie tabletki, które później okazały się zwykłym magnezem w tabletkach. Policja odkryła również, że para posługiwała się kilkoma kontami bankowymi. Używali także telefonów figurujących na podstawione osoby. Zdaniem śledczych para mogła oszukać blisko 600 osób. Łącznie poszkodowani na zakup magnezu wydali około 200 000 złotych.

 

Mieszkańcy Namysłowa podejrzani o nielegalna działalność usłyszeli już zarzut oszustwa, za co grozi im kara do 8 lat pozbawienia wolności.

 

Policja jednocześnie apeluje, aby nie kupować leków z niewiadomego źródła. Takie sytuacje mogą skończyć się o wiele gorzej. Zdarzają się przypadki podrabiania medykamentów, a te mogą szkodzić zdrowiu, a nawet życiu.

 

(kd)

źródło: opolska policja